sobota, 26 grudnia 2009

Mój omafiets

_


Był czarny, lekko tylko pordzewiały, kiedy kupiłam go od Anny, tamtej Rosjanki (wyjechała do Australii). Szalony Francuz zaoferował, że naprawi mu pedały. Problem go przerósł,
więc złożył mi nowy rower, prawie taki sam.
Ten typ nazywa się omafiets - rower babci. Do lat pięćdziesiątych prawie każdy rower w Holandii był omafiets.
Moje poprzednie dwa też.




Holendrzy tak pięknie wsiadają na rowery. Lewa noga na lewym pedale, prawa odpycha raz, drugi, rower już jedzie i wtedy hop przerzucają prawą nogę i już siedzą. Próbowałam, ale tylko obiłam sobie kolano i posiniaczyłam łydki. Arden ma mnie nauczyć tej cyrkowej sztuczki.
Tymczasem umiem już łatać dziury w dętce i zakładać spadające łańcuchy. Jeszcze kilka miesięcy i nadrobię te wszystkie nierowerowe lata dzieciństwa.




-Why would you paint your bike?
-I don't know, actually. I wanted to paint it at the very beginning and that's when I bought the paint. But now I don't know any more.
..
-It looks ok, I think.

-I know why:
I bought the paint when I still didn't have a home
so my bike was the biggest thing I had. And it's my transport, my freedom. So I wanted to make it beautiful.
I wanted to make it mine.

(Dialog z Argentyńczykiem)




Pomalowałam.
Z dumą wypisałam mu na ramie "Niebieski". Wyobraziłam sobie, że woduję go jak jacht, rozbijając mu o bok butelkę szampana. Szampan leje mu się po kołach, zalewa łańcuch, tworzy spienioną kałużę na chodniku. Wchodzę w kałużę jedną nogą, dosiadam nowoochrzczonego, siodełko lepkie. I prujemy z mostu w dół, uśmiechając się do siebie.




Na plakacie: In deze stad niemand is alleen.
In this city (nobody)somebody is alone.




Zostawiłam go raz na noc pod dworcem. Była tabliczka z "Nooduitgang". I było też "Geen fietsen hier plaatsen a.u.b."
(No bikes here). Ale stało tam kilka rowerów, więc przyczepiłam też swój.

Rano to miejsce było zupełnie puste. Puściutkie. Jakby te hałaśliwe maszyny co to czyszczą szczotkami chodniki, wymiotły razem z papierami i kurzem wszystkie przytulone do barierki rowery.

Przecież tutaj, tu właśnie w tym miejscu był, stał! - nie cierpię tego uczucia. Zaglądam w szczelinę chodnika, jakbym miała tam znaleźć mój biedny rower wessany i pomniejszony. Byłam zrozpaczona.

Zadzwoniłam do AFACu, numer z broszury pt. "Gdzie jest mój rower ?!?!" (Waar is mijn fiets?!?!?). Pytali jaki ma typ łańcucha i o której wyszedł z domu, jak go ostatnio widziałam.

Następnego dnia w gęstym porannym mrozie pojechałam na drugi koniec miasta. Musiałam im dać 10 euro za odholowanie go na to pustkowie. Zamarzając wracałam na odzyskanym biedactwie z pokrzywionym koszykiem. Dostał numer i jest w aktach. Powiedzieli mi, że Nooduitgang znaczy Emergency exit.

Troskliwy AFAC na osłodę serwuje miętówki w firmowym opakowaniu. Rozpaćkała mi się ta słodycz w kieszeni płaszcza.
Aaa... FUCK!
_

niedziela, 6 grudnia 2009

Sunny Sunday

_


Mewy oglądam w piżamie.



Hoofdweg dosł. Droga główna - mało wymyślna nazwa.
Ciągnie się na południe w mojej części miasta. Mroźno.
Przed jedenastą, prawie pusto.




Jesień pod kościołem. Msza trydencka, łacina plus holenderski, za dużo dla mnie.
Odpinam rower, lodowaty łańcuch, przez buty czuję kostkę brukową, łyk zimnej wody z butelki, ciasne rękawiczki i w drogę, do domu. Słońce grzeje w plecy, wiatr mrozi z przodu. Po drodze umieram z głodu, w piekarni na stołeczku pożeram spore chocoladebrioche opatulone w papier i cienkie drewniane pudełko. Zostawiam kawałek dla Heather, lubi wszystko, co z czekoladą.






Vondelpark. Ogromny, z wijącymi się ścieżkami. Po drodze, żeby nacieszyć się słońcem. Co jakiś czas ktoś gra na saksofonie, samochodzik-sklep sprzedaje frytki i hotdogi, wszyscy uprawiają jogging.








Prawie w domu i dom (na zdj. balkon ze zdobycznymi warzywami i kotem, który jeździ autostopem). Pożyczam ten dom, pomieszkuję. Uwielbiam i nie cierpię, wciąż wracam.
_

czwartek, 26 listopada 2009

Noce

_


Leżąc nocą sama w pustym pokoju na obrzeżach wielkiego miasta bezwiednie zapominam o całym moim przeszłym życiu.
I nie wiem już kim chciałam się stać, dokąd wyjechać,
jaki lubię kolor, z kim spędziłam wakacje.
Dla tego miasta jestem nowa, od nowa zaczynam. Niepokoi mnie to. Próbuję odnaleźć swoją tożsamość w pamięci.





Zachwycona nocą na Prinsengracht.
Czarno i dziwnie spokojnie. Woda staje się jeszcze bardziej lustrzana. Łódki śpią u stóp ciemnoskórych kamienic. Światło żółte.
Wzbijam się na łuk mostu i zjeżdżam z impetem po kocich łbach.
Dekadencko.







Musiałam przejechać przez centrum. Z handlowych ulic, zaludnionych wszystkimi narodowościami turystów, na oślep próbuję przedrzeć się do Oud West, byle do domu, zimno. Wypadłam zmieszana na
red light district. Zawsze bardziej niż widok dziewczyn peszą mnie mężczyźni przechadzający się w różowawym poblasku. Ta niedwu-
znaczność, to jak wybierają. Robi mi się wtedy jakoś tak cierpko-smutno.
A do tego łabędzie.









Nocne zdobycze. Jason ma sense for dumpsters, ja - duży koszyk.

Jaka fabryka produkuje nocą ten cukrowy zapach Amsterdamu?
Groningen pachniało inaczej.
Czym pachniał mi Wrocław?





Zasypianie i budzenie się obok kogoś jest jakimś magicznym przejściem z nocy w dzień.
W czasie dziwnie nieobecnym w pamięci dzieje się coś, co rodzi pokłady czułości. A może po prostu lubię patrzeć, jak śpi. Nawet jeśli to tylko random person skądś.
_

sobota, 14 listopada 2009

Poranki

_




- How are you?
- I feel sentimental.
- You look sentimental.

Madredeus śpiewa cichutko przynosząc klimat sprzed wielu miesięcy, sprzed wielu miejsc.
Owen sfotografował mój poranek.






Pracując po raz pierwszy w życiu od poniedziałku do piątku
od 9 do 17, jestem w stanie zrezygnować z wieczorów, ale nie mogę przeboleć utraty poranków.

Poranki są święte.
Najlepiej jeśli nikogo nie napotkam i nie wypowiem ani słowa.
Mogą trwać do 10, nawet 12.
Spóźniam się więc niemiłosiernie i nagminnie. I zostaję
po godzinach. Chyba zaczynają to akceptować.




Nawdychałam się żółtych liści (marihuana mnie nie rusza).
Do Arnhem z Sarah pół soboty łapałyśmy stopa.
Niedziela rano, ten poranek po zmianie czasu. Dom przyjaciół, trochę jak chatka w górach; świece zamiast prądu, deszczówka do mycia.
Wyszłyśmy na grzyby do lasu. Wróciłyśmy z kasztanami. Cudownie smakują, przy obieraniu skórka wchodzi za paznokcie.
Są letnio-orzechowe, przypalane i kojarzą mi się z podróżowaniem do dużych francuskojęzycznych miast.
_

wtorek, 3 listopada 2009

Weekendy mam wolne

_


Dzisiaj pachniało liśćmi;
mokre suszą się na słońcu. Ziemią, wodą, ptakami.
Słonecznie od rana, przez cały dzień (all day long).
Nabieram wtedy radosnej weny i czuję się szczęśliwa.


Upiłam się małym belgijskim piwem na targu. Targ w sobotę rano to najlepsze miejsce na świecie (best place to be).
Amsterdam ma targów wiele. Ale wciąż nie mogę znaleźć swojego ulubionego stoiska (krampje) z Groningen. Kupowałam tam suszone kwiatki rumianku. Było też dużo przypraw i pachniało prażonymi orzechami ze stoiska obok. I ta rybio-mokra woń ściekająca na ścieżkę rowerową. Mmm... /Czujesz to Ola?/



Kupiłam orzechy i siedzę przy kanale nad herbatą zieloną z jaśminem, która przywodzi mi na myśl Agnieszkę.
Ostatnio głównie zajmuję się (busy with) obserwowaniem, jak płynie czas. Godzeniem się na to. Na bycie w czasie i na to, że "potrzeba czasu żeby". (Take your time) - lubię to wyrażenie.
Nie chcieć już i teraz, odłożyć oczekiwania, dać sobie czas (to też ładne wyrażenie). To co myślę, że będzie, okazuje się czymś innym (turns out to be). I tak już jest. (OK)






W niedzielę znalazłam starą walizkę pełną farb. Przebieram je jak owoce, wprost na ulicy; miękka tubka, twarda jak kamień, zatłuszczona tuba olejnej, chińska mała tempera, oblepiona błotnista, wyskrobana do zera sam metal. Zostało sporo.
Znaczy, że będę tu malować. Gdy tylko uda mi się otworzyć zamek, który niechcący zatrzasnęłam. Kluczyka w pobliżu nie było.

But what would you like to paint about?
About light
, odpowiadam z jakąś radosną pewnością.




_

niedziela, 18 października 2009

Pierwsze dni i Casa

_




W Amsterdamie uczę się godzić na odrzucenie, na brak
akceptacji. Nie szukać potwierdzenia.
Ale też przyjmować to, że pewnych części tego, co dookoła
mnie, ja nie akceptuję. I to też przyjąć do wiadomości.

Po ciszy w Taize odkrywam ten stały element we mnie, który jest mimo burzy, smutku, radości, tęsknoty, zagubienia i niepokoju. Wszystko toczy się na powierzchni i chociaż absorbuje na kilka godzin dnia całą mnie to jest to tornado wokół ciszy.





Leczę rany po upadku z roweru. Szrama na łydce opina wielki siniak, który dopiero dzisiaj się wyłonił. I mięśnie karku. Gdy podnoszę się
z łóżka, głowę zbieram osobno przytrzymując jedną ręką.



W niedzielę rano idiotyczny pomysł. Suszyłam skarpetki w piecyku. 10 minut 200 stopni. Przypiekły się na rumiano. Davide na mój widok wciąż kręci głową niedowierzając, jak mogłam wpaść na coś takiego. Musiałam mu je pokazać w śmietniku. Błąd leżał w pośpiechu; niższa temperatura przy dłuższym czasie i na pewno by się udało.



Bajzel na zdjęciach z domu, w którym zatrzymałam się na trochę ponad tydzień. Tortura i ratunek w jednym. Codziennie ktoś odchodzi, ktoś przyjeżdża. Co dzień budzisz się obok kogo innego. Brak swojego kąta. A jednocześnie tysiąc inspiracji i interesujących postaci. I przytulność (cosiness), której potem nagle zabraknie.


_

niedziela, 11 października 2009

Amsterdam - początki

_


Początki są trudne. Siedzę na walizce, na zewnątrz pada.
W walizce pada. W głowie szaro.



Wpadam w świąteczny nastrój, gdy wychodzi słońce. Trzeba chwytać,
wylegać na zewnątrz, wystawiać ciało do światła.



Moknę po drodze do pracy, mokra docieram do domu.
Przed zachodem słońca czasem robi się bardzo ładnie.



Będę w Amsterdamie do końca stycznia.
Wracam na Święta 17 grudnia.

Start (Leaving Poland)

_


W domu były pierogi.



Ola i Mati się pobrali.
(Jak połowa znajomych w ciągu ostatnich 12 miesięcy.)



Aga ma grzywkę. Wrocław - nowe przystanki.



A ja mam shortcut. Nieduży plecak i małą walizkę

środa, 9 września 2009

Leaving A'dam

_






Siedzę nad kanałem i bardzo próbuję nie być turystką.
Obserwacja innych turystów z wyższością nie pomaga.

Wszystko się ułożyło. W październiku zaczynam w Amsterdamie praktykę w małym eksperymentalnym studio (designdrift.nl). Cztery miesiące. W Groningen przyjęli mnie na czwarty rok. Zrobię tam
w czerwcu dyplom. Ten na ASP poczeka. Wrocław poczeka.
Mam nadzieję.









W pociągu do Groningen myślę: jak można nie wierzyć w Boga
z takim niebem nad sobą. Chmury wciąż próbują układy
z siedemnastowiecznych landschappen. Płyną.
My suniemy. Pociąg jest przeładowany, stoi się na korytarzu.
Siadam ściśnięta pod drzwiami konduktora z groźnymi nalepkami
po holendersku. W razie czego udaję, że nie rozumiem.

Lubię udawać, że nie rozumiem. Wtedy zawsze dostaję dodatkowe wyjaśnienia za darmo. Nawet nie musze zadawać pytań. Wystarczy chwila wyczekiwania w ciszy i zagubiona mina.
Dobrze jest zrzucić czasem winę na bycie obcokrajowcem.
Zij is Pools. Najwyżej pomyślą: widocznie w Polsce tak się robi.
Albo, że nie do końca wiem co znaczy któreś ze słów po angielsku.
Bardzo asekuracyjne, ale wygodne.
Dzięki temu mogę więcej. Więcej powiedzieć i więcej usłyszeć.
_